Raport tygodniowy 12-16.10.09

Rynek - raportRynek Akcji – Polska

Poprzedni tydzień na warszawskiej giełdzie określiłem jako męczący, chociaż przyniósł niewielkie zwyżki indeksów. Ten, który właśnie minął, zakończył się nieco gorszym bilansem. Był o wiele bardziej wyrazisty, emocjonujący ale i pełen zaskakujących zwrotów. Z tego punktu widzenia, choć o wiele trudniejszy, męczącym nazwać go nie można. Nie przyniósł żadnego rozstrzygnięcia, choć zdawało się, że jest ono już blisko. Ale przecież inwestowanie to nie tylko odrabianie rachunkowych zadań, ale też emocje. A tych nie brakowało.

Końcówka poprzedniego tygodnia nie dość, że męcząca, była jeszcze „usypiająca”. Początek minionego wskazywał, że na nic więcej nie możemy liczyć. Poniedziałek i wtorek to niewielkie zmiany wartości indeksów, mizerne obroty, zmiany nastrojów w ciągu dnia. Ruch w bok wydawał się niczym nie zagrożony. Indeks szerokiego rynku przykleił się do poziomu 38 tys. punktów, wskaźnik największych spółek kurczowo trzymał się okolic 2200 punktów, jakby od tego miała zależeć przyszłość rynku w najbliższym dziesięcioleciu. Nastroje inwestorów nie były więc optymistyczne. Większość z nich wyglądała mitycznej korekty i zanosiło się, że lada moment się ona pojawi. Tymczasem, zupełnie nieoczekiwanie, nie wiadomo skąd, w środę tuż po południu nastąpiło potężne uderzenie popytu. Co ciekawe, nie miało ono charakteru lokalnego, a wręcz „globalny”. Ujawniło się na wszystkich parkietach europejskich, a później także na Wall Street. Na rynkach wschodzących, w tym w Warszawie, było szczególnie mocno widoczne. Ponad 3% wzrost indeksu największych spółek widzieliśmy trzy tygodnie wcześniej. Wówczas także obroty były bardzo wysokie. Tym razem jednak były najwyższe od ponad dwunastu miesięcy. To przykład, jak szybko w okresie zwątpienia i pesymizmu może dojść do gwałtownej zmiany nastrojów i rynkowej tendencji.

Obserwacje zachowania rynku w przeszłości nie dają jednoznacznych wskazań, czego można się spodziewać po tak dynamicznych wzrostach. Czasem mają swoją kontynuację, czasem nie. Tym razem mieliśmy do czynienia z tym drugim scenariuszem, mimo że wszystko wskazywało na to, iż zobaczymy kolejny atak na szczyt ponad półrocznej zwyżki. Euforia minęła jednak równie szybko, jak się pojawiła. Bardzo duże obroty sugerują, że mogliśmy mieć do czynienia z wykorzystaniem zwyżki do pozbywania się akcji. Podejrzana była również ich koncentracja jedynie na akcjach kilku największych spółek naszego parkietu. Skoro ruch w górę, po „dotknięciu” rekordowo wysokich poziomów zakończył się niepowodzeniem i szybkim odwrotem, wciąż aktualne jest liczenie się z rychłym wystąpieniem spadkowej korekty.

Tydzień skończył się wzrostem indeksu największych spółek o 2,8%, nieco tylko mniejszym niż poprzedni. WIG zwiększył swoją wartość o niecałe 1,2%. W średnioterminowym obrazie rynku nic się jednak nie zmieniło. Nadal tkwimy w trwającym od kilku tygodni trendzie bocznym. Pozostało tylko złe wrażenie po nieudanym ataku na szczyt.

Europa

Indeksy głównych europejskich giełd, po pokonaniu kolejnych rekordów całej, trwającej od wiosny tendencji zwyżkowej, wyraźnie wytraciły impet. W skali tygodnia zyskały zaledwie ułamki procent. Dezorientacja inwestorów była dość powszechna. Charakterystycznym rysem był też brak reakcji na pozytywne informacje i wyczekiwanie na to co „powie” Wall Street. A przecież dobrych informacji nie brakowało. W sierpniu produkcja przemysłowa w strefie euro wzrosła 0,9%, po zwyżce o zaledwie 0,2% miesiąc wcześniej. W porównaniu do sierpnia ubiegłego roku była ona niższa o 15,4%, ale w lipcu spadek wynosił 15,9%. Jego tempo maleje, więc jest się z czego cieszyć. Ale jak widać, to niedostateczny powód do wzrostów na giełdach.

Utrzymanie się w sierpniu tempa wzrostu bezrobocia w Wielkiej Brytanii na poziomie z lipca też nie powinno być powodem zmartwienia. We Francji produkcja przemysłowa zwiększyła się w sierpniu o 1,8% w porównaniu z lipcem, znacznie bardziej niż oczekiwano. Mniejszy był też jej spadek w porównaniu do sierpnia ubiegłego roku. We Włoszech produkcja zwiększyła się w porównaniu do lipca aż o 7%, najmocniej
od 1990 r., czyli od momentu, gdy podawane są dane na ten temat. To wszystko jednak niewiele pomogło notowaniom cen akcji. Indeksy w Paryżu, Londynie i Frankfurcie znalazły się na poziomach najwyższych od 12 miesięcy, ale ich cofnięcie się świadczy o braku zdecydowania i możliwości wystąpienia spadkowej korekty.

Dla części giełd naszego regionu miniony tydzień był dość pomyślny. Indeksy w Bukareszcie, Budapeszcie i Moskwie zyskały po ponad 5%. Można się w tym doszukiwać lokalnych przesłanek, dość zresztą zróżnicowanych. W przypadku Rumunii był to kryzys rządowy, upadek dotychczasowego gabinetu i próby tworzenia kolejnego. Jak widać, polityczna zawierucha niekoniecznie przeszkadza inwestorom. Może mają nadzieję, że kolejny rząd będzie już tylko lepszy.

Sytuacja gospodarcza na Węgrzech wciąż nie jest zbyt dobra, ale jest nadzieja, że zacznie się poprawiać. Zdaniem szefa tamtejszego banku centralnego PKB spadnie w tym roku o 6,7%, a rosnąć zacznie w 2011 r. Minister finansów oświadczył, że prawdopodobnie w trzecim kwartale gospodarka osiągnęła dno. We wrześniu dość nieoczekiwanie zmniejszyła się inflacja z 5 do 4,9%. Węgrzy mieli więc jakieś powody, by się cieszyć.

Wzrostom na moskiewskiej giełdzie trudno się dziwić, patrząc choćby na to, co dzieje się na rynku surowców. Notowania ropy sięgające poziomów najwyższych od dwunastu miesięcy sprzyjają i tamtejszym spółkom i całej gospodarce. Ale nie tylko. We wrześniu produkcja przemysłowa w Rosji spadła o 9,5% w porównaniu do tego samego miesiąca poprzedniego roku. To spadek najniższy od 10 miesięcy. W sierpniu wyniósł on 12,6%. W porównaniu do sierpnia, produkcja we wrześniu była o 5,1% wyższa.

Na lepsze dane nie zareagowała giełda w Pradze. Sprzedaż detaliczna w Czechach spadła w sierpniu o 3,5% w porównaniu do sierpnia ubiegłego roku. W lipcu spadek wyniósł 4,9%. Produkcja przemysłowa zmniejszyła się w sierpniu o 8,4% po lipcowym spadku o 18,2%. To jedenasty miesiąc spadku z kolei, ale jego tempo wyraźnie zmalało.

Nienajlepiej wiodło się inwestorom na tureckim parkiecie. Tamtejszy indeks zniżkował o niecałe 2% i kontynuował korektę, ale trzeba pamiętać, że od wiosny odrobił niemal w całości ubiegłoroczne straty i znajduje się na poziomie z początku 2008 r., wyprzedzając większość indeksów innych giełd, nawet chińską. Nieco lepsze są tylko giełdy w Brazylii i Argentynie.

USA

Na Wall Street mijający tydzień był bardzo interesujący, głównie ze względu na reakcje inwestorów na napływające informacje dotyczące zarówno wyników spółek, jak i płynące z gospodarki. Indeksy biły kolejne rekordy. Bilans pięciu sesji jest dodatni, ale końcówka tygodnia była słaba. W dalszym ciągu perspektywy dalszego rozwoju sytuacji są dość niejasne. Nowe rekordy zwyżkowej fali zostały pokonane, ale cofnięcie się rynku, które po nich nastąpiło, nie nastraja zbyt optymistycznie.

Zaczęło się bardzo dobrze. Początek sezonu publikacji wyników finansowych amerykańskich spółek zaczął się niemal rewelacyjnie. Ale głównie dzięki reakcjom inwestorów, bo same firmy nie zawsze zaskakiwały aż tak pozytywnie. Reakcja na niezbyt dobre, ale lepsze niż się spodziewano wyniki Alcoa, wskazywała już, że nastroje inwestorów są bardzo optymistyczne. Bardzo dobre wieści o zysku JP Morgan, który był siedmiokrotnie wyższy, niż przed rokiem, wprawiły rynek niemal w stan euforii. Na wyniki kolejnych spółek czekano już z mniejszym niepokojem. Jednak dane Goldman Sachs, także dużo lepsze niż w trzecim kwartale ubiegłego roku i lepsze, niż się spodziewano, pozytywnej reakcji już nie spowodowały. Wyniki Google, Johnson&Johnson i IBM były lepsze niż oczekiwano. Jedynie rezultaty Citigroup, Bank of America i General Electric mogły spowodować lekkie rozczarowanie. Powodów do większych zmartwień jednak zdecydowanie nie było.

Larry Summers, główny doradca ekonomiczny prezydenta USA, oświadczył, że gospodarka powoli zdrowieje. Podkreślił, że warunki na rynkach finansowych są coraz stabilniejsze. Pojawiły się oznaki poprawy na rynku nieruchomości, spada tempo wzrostu bezrobocia. Sprzedaż detaliczna spadła we wrześniu o 1,5%. Analitycy spodziewali się spadku o 2,1%. Produkcja przemysłowa we wrześniu zwiększyła się o 0,7%, znacznie mocniej niż przewidywano.

To wszystko na inwestorów już jednak nie działało. Ignorowanie dobrych informacji i eksponowanie tych nieco mniej optymistycznych świadczy o kolejnej zmianie nastawienia do rynku. Wypada znów powtórzyć zdanie o możliwości spadkowej korekty.

Azja

Na giełdach azjatyckich zmiany wartości indeksów na ogół były niewielkie, a atmosfera raczej nerwowa. Widać to było po wahaniach nastrojów w trakcie poszczególnych sesji. Jednak skala zmian wartości wskaźników była dość umiarkowana jak na ten region.

O chińskiej giełdzie już na świecie nieco zapomniano. Teraz najważniejsza jest Ameryka. Ale i w Szanghaju dzieją się ciekawe rzeczy. Indeks Shanghai B-Share zwiększył swoją wartość o niecałe 1,7%. Jest on wciąż dość daleko od dołka z 28 września, ale tempo odrabiania strat wyraźnie słabnie. Mimo małej dynamiki zmian, tamtejszy rynek znajduje się w dość newralgicznym momencie, przynajmniej z krótkoterminowego punktu widzenia. Na wykresie indeksu widać bowiem formację zapowiadającą możliwość spadku o około 10%. Patrząc z nieco dłuższej perspektywy, indeks od połowy sierpnia porusza się w bok, po mocnym załamaniu z początku sierpnia. Z chińskiej gospodarki w ostatnim czasie nie napłynęły ważniejsze informacje. We wrześniu, po raz pierwszy od kilku miesięcy wzrósł import miedzi przez Chiny. Rosną ceny nieruchomości. We wrześniu poszły w górę o 2,8%, a tempo jej tendencji jest coraz większe. Sprzedaż aut w porównaniu do poprzedniego roku niemal się podwoiła i przekroczyła już milion sztuk w tym roku. To efekt programów stymulacyjnych, wpompowania do gospodarki masy pieniędzy ekspansywnej polityki kredytowej. W Chinach też działa program dopłat do zakupu samochodów, mimo że ich dynamika i bez tego była imponująca. Między innymi dzięki rządowemu wspomaganiu, oczywiście pośrednio, rośnie liczba chińskich miliarderów. W tym roku przybyło ich 29 i grupa ta liczy już 130 osób. By się do niej dostać, należy legitymować się majątkiem wartym 150 mln dolarów. Najbogatszy obywatel Chin ma majątek wart 5,1 mld dolarów. Jest szefem firmy koncernu samochodowego BYD. Na razie być może ta nazwa niewiele nam mówi, ale już wkrótce może się to zmienić. W Danii już niedługo będzie testowany samochód tej firmy z napędem elektrycznym.

Prawie 4,5% zyskał indeks giełdy w Bombaju. Po niedawnej korekcie spadkowej nie ma tam już śladu. Można oczekiwać ataku na poziom z początku ubiegłego roku, co oznaczałoby odrobienie strat niemal całej bessy. Dane płynące z tamtejszej gospodarki sprzyjają takiemu scenariuszowi. Produkcja przemysłowa w Indiach zwiększyła się sierpniu o 10,4% w porównaniu do sierpnia poprzedniego roku. Był to najwyższy wzrost od 22 miesięcy. W lipcu produkcja zwiększyła się o 7,2% i rośnie już od kilku miesięcy. Ekonomiści obawiają się jednak wzrostu inflacji i spodziewają podwyżki stóp procentowych oraz wycofywania się rządu z programów stymulacyjnych.

Nikkei zyskał nieco ponad 2%. Obraz japońskiego rynku giełdowego zdecydowanie się poprawił. Niedawna korekta spadkowa wygląda już na zakończoną i nic nie powinno przeszkadzać w marszu indeksu w górę. Ale gospodarka japońska do najmocniejszych nie należy, choć płyną z niej coraz bardziej optymistyczne wieści. Produkcja przemysłowa rośnie tam od sześciu miesięcy. W sierpniu zwiększyła się o 1,6% w porównaniu do lipca. Rok do roku spadła jednak o 19%, a spodziewano się spadku o 18,7%. Do powrotu do wzrostu wciąż jeszcze bardzo daleka droga.

Rynek Walutowy

Maj, wrzesień i październik to miesiące tradycyjnie uznawane za najgorsze dla giełd papierów wartościowych. W tym roku ten schemat na Wall Street zupełnie się nie sprawdził. Za to miał doskonałe „zastosowanie” do tego, co działo się z dolarem. Ale i czasy mamy takie, że większość tradycyjnych schematów szwankuje. W tym roku największe porażki dolar ponosił w marcu, gdy na giełdach zaczęło się odreagowanie po głębokim załamaniu, a potem w wymienionych wyżej miesiącach. Ostatni tydzień też nie należał do udanych. Nie tylko skala strat dolara wobec wspólnej waluty była tu istotna. Znaczenie nie tylko symboliczne, miało pokonanie ponad dwunastomiesięcznego rekordu słabości. W najgorszych dla siebie momentach amerykańska waluta zniżkowała w minionym tygodniu do 1,4966 dolara za euro. Poziom ten był atakowany dwukrotnie i choć euro wyżej nie zdołało się przedrzeć, to poniżej 1,49 dolara za euro „zielonemu” zejść tak łatwo już się nie uda. Wciąż zdaje się on tańczyć w rytm muzyki nadawanej z Wall Street i zmiana tonacji może odwrócić kierunek na światowym rynku walutowym, ale chyba nie w sposób trwały.

Coraz więcej zaczyna przemawiać przeciw dolarowi. Ewentualna głębsza i dłuższa korekta na giełdach będzie prawdziwym testem zaufania inwestorów dla niego. I albo mu na pewien czas pomoże, albo jeszcze bardziej obnaży słabości. W przypadku tych ostatnich nie chodzi tu tylko o nasilające się co jakiś czas głosy i dyskusje o zmierzchu dolara jako waluty, w której dokonuje się międzynarodowych rozliczeń, czy przechowuje sporą część rezerw większości krajów. Rzeczywiste zagrożenia dla amerykańskiej waluty płyną ze stanu tamtejszej gospodarki, a w szczególności stanu finansów publicznych USA.

Jednak wbrew katastroficznym wizjom niektórych ekonomicznych guru, wieszczących kolejną odsłonę finansowego kryzysu, nie należy się chyba obawiać rychłego trzęsienie finansowej ziemi. Żaden z krajów, „domagających” się ograniczenia roli dolara nie jest zainteresowany jego osłabieniem, a tym samym działaniami mogącymi doprowadzić do jego rychłej detronizacji. Wszak sporo w dolary zainwestowały i w wyniku spadku jego wartości mogą należeć do najbardziej poszkodowanych. Bardzo charakterystyczna w tym kontekście była niedawna wypowiedź Jean Claude Tricheta, prezesa Europejskiego Banku Centralnego, który wzrost wartości euro uznał za „zagrożenie w procesie odbudowy gospodarczej Europy po największym kryzysie od czasów II wojny światowej”. Stwierdził też, że euro nie zostało stworzone po to, by stać się główną walutą rezerw na świecie.

Choć ostatnio sytuacja na rynkach finansowych i w światowej gospodarce jest bardzo dynamiczna, to trudno sobie wyobrazić, by dolarowi w ciągu najbliższego dziesięciolecia mogła zagrozić jakakolwiek waluta narodowa, np. euro czy juan, ani jakakolwiek waluta wspólna. Choć koncepcji i planów co do tej ostatniej nie brakuje, to jej entuzjastom można jedynie przypomnieć, że „dochodzenie” do wspólnej waluty europejskiej trwało tak naprawdę kilkadziesiąt lat. Tworzenie jakiejkolwiek formy „globala” potrwa może nieco krócej. Ale tylko nieco. Na moje oko, minimum dziesięć lat. Póki co, w dolarowych kalkulacjach należy brać pod uwagę przede wszystkim to, co dzieje się na Wall Street. Ograny schemat wciąż działa. Indeksy giełdowe rosną, dolar słabnie, surowce drożeją. Nastroje giełdowych inwestorów są jednak bardzo chwiejne i uleganie surowcowo-złotym mirażom za chwilę może okazać się bolesnym rozczarowaniem, gdy schemat zacznie działać w przeciwnym kierunku.

Nasza waluta ma coraz „lepszą prasę”. Jej umocnienie się prognozują zarówno krajowi, jak i zagraniczni eksperci. Wypada się tylko przychylić do tych opinii, szczególnie czytając ich uzasadnienia. Najczęściej powtarzają się dwa argumenty. Po pierwsze, polska gospodarka należy do światowych liderów nie tylko odporności na skutki kryzysu, ale wręcz wzrostu. Po drugie, nasza waluta skorzystała jak do tej pory najmniej z argumentu użytego w poprzednim zdaniu. Jest więc najprawdopodobniej znacznie niedowartościowana. Tyle tylko, że oba te argumenty powtarzane są już od tak dawna, że powinny przełożyć się na konkrety. A się nie przełożyły. I pewnie są jakieś powody. Nie przeceniałbym obaw inwestorów, związanych ze stabilnością naszych finansów. Po prostu nasze lokalne czynniki są dla globalnych graczy na rynku finansowym zbyt mało znaczące wobec ogólnych tendencji. Dlatego złoty tańczy według partytury, w której dominują symbole euro i USD. Cóż z tego, że uznani za najlepszych w prognozowaniu kursów walut specjaliści z Landesbank Baden-Wuerttemberg uważają, że złoty umocni się w tym roku wobec euro o 10%? Ich zdaniem na koniec roku kurs euro spadnie do 4 zł, a pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku do 3,8 zł. Nie oni pierwsi. W końcu byłbym skłonny postawić jakieś pieniądze na ten scenariusz. Ale chyba niezbyt duże. A na pewno nie wszystkie.

Póki co, złoty korzysta z osłabienia dolara, choć może nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Jeszcze w ubiegły poniedziałek rano za dolara trzeba było płacić prawie 2,92 zł, w czwartek wieczorem już tylko niespełna 2,8 zł, czyli 10 groszy mniej. Choć krótkoterminowe wahania wydają się spore, to jednak w dłuższym horyzoncie siła naszej waluty wydaje się zupełnie niezagrożona. A trzeba też pamiętać, że nadmierne jej umocnienie nie sprzyjałoby zbytnio naszej gospodarce. Już dostrzegalne są pierwsze objawy w postaci zmian tempa eksportu i importu, które przechylają się coraz bardziej na korzyść tego drugiego.

Nieco gorzej nasza waluta radzi sobie wobec euro. Blisko prognozowanego na koniec roku przez zagraniczne instytucje finansowe poziomu około 4 zł za euro byliśmy w połowie sierpnia. Dziś kurs wspólnej waluty „przyzwyczajony” jest bardziej do poziomu 4,19-4,22 zł. Trudno więc na razie wyobrazić sobie powody, dla których w ciągu kilku tygodni euro miałoby stanieć o te 19-20 groszy, czyli o niemal 5%. Ale jak mówi się na giełdzie, powód zawsze się znajdzie. Najbardziej stabilnie zachowuje się kurs franka. Ale i w jego przypadku mieliśmy w ostatnich dniach do czynienia ze sporymi wahaniami. W poniedziałek za „szwajcara” trzeba było płacić momentami nawet 2,82 zł, w czwartek zaś już tylko 2,76 zł. Poziom względnej równowagi to okolice 2,77 zł za franka. Na takim poziomie zakończył się piątkowy handel.

Rynek Surowców

Złoto w minionym tygodniu nie przestawało błyszczeć i kusić nowymi rekordami ceny. W środę za uncję trzeba było płacić nieco ponad 1070 dolarów. W piątek było 20 dolarów taniej. Przyjemnie patrzeć jak na naszych oczach „dzieje się historia”. Jeszcze większą z niej przyjemność mogą czerpać ci, którzy zdecydowali się na „złotą” inwestycję kilkanaście miesięcy temu, gdy wszyscy zafascynowani byli akcjami i funduszami inwestycyjnymi. W ciągu dwóch lat, bardzo trudnych dla rynków finansowych, można było zyskać około 50%, porównując notowania złota w dolarach z jesieni 2007 r. i obecnej, zimowej jesieni. Ale i miłośnicy złota, jako „najbardziej pewnej inwestycji na niepewne czasy”, przeżyli ciężkie chwile, gdy w ciągu kilku miesięcy minionego roku cena uncji spadła z prawie 1000 do około 700 dolarów. Warto o tym przypomnieć tym, którzy „patrzą w niebo” zastanawiając się, ile jeszcze na złocie można będzie zarobić i w podejmowaniu decyzji o ewentualnym zakupie biorą jedynie tylko tego typu kalkulację pod uwagę.

Zapatrzonym w rekordy należy też zwrócić uwagę, że dotyczą one jedynie cen wyrażonych w dolarach. Jeśli weźmiemy pod uwagę notowania w złotych, o żadnym rekordzie nie ma mowy. Tu rekord był w połowie lutego, gdy uncja złota kosztowała około 3800 zł. W piątek jej wartość wynosiła 2973 zł. Ktoś, kto dał się ponieść emocjom i kupił wówczas złoto, a dziś postanowił je sprzedać, poniósłby stratę wynoszącą ponad 800 zł na uncji, czyli ponad 20%. Taka jest moc różnic kursowych między naszą walutą a dolarem, która w tym przypadku działa na niekorzyść niedawnych inwestorów. By mogli oni odzyskać zaangażowany kapitał, złoto, przy niezmienionym kursie dolara, musiałoby zdrożeć do około 1370 dolarów za uncję, czyli jeszcze o niemal 30%. To oczywiście możliwe, ale wcale nie tak pewne, jak wynika to ze stereotypu mówiącego, że złoto to pewna inwestycja. W każdym razie należy zdawać sobie sprawę, że maksyma ta sprawdza się raczej w długim, a nawet bardzo długim horyzoncie. Prognozy mówią, że w krótszym terminie, kilku miesięcy, notowania złota mogą osiągnąć 1100 dolarów za uncję. W średnim, czyli kilkunastu miesięcy, nawet 2000 dolarów. A w długim, kilkuletnim, jeszcze więcej. Trzeba to traktować z odpowiednim dystansem i uwzględniać inne czynniki, jakie wiążą się z tego typu inwestycjami.

Coraz częściej mówi się, że wielcy inwestorzy lokują część swojego kapitału w złoto, czy szerzej, na rynku metali szlachetnych. Na przykład ostatnio można było przeczytać, że Georg Soros kupił 9% akcji producenta platyny Platinum Australia. Platyna od październikowego dołka podrożała o 75%. Kilka miesięcy temu John Paulson, jeden z najbardziej znanych zarządzających, postawił znaczną część aktywów na złoto, między innymi fundusze złota, akcje kopalń. Tyle tylko, że wynika z tego, iż oni „już” kupili, a my jeszcze nie. „Już” oznacza, że płacili o wiele niższe ceny, niż obecne. I być może w czasie, gdy my zastanawiamy się nad zakupem, oni są gotowi nam to złoto sprzedać. Chętnie kupiłbym złoto od Sorosa czy Paulsona, ale raczej nie za wiele i tylko z ich autografem na rachunku.

Przez pewien czas, gdy złoto święciło już tryumfy, notowania ropy naftowej wyraźnie pozostawały w tyle. Ale w ciągu ostatnich dni mocno „wzięły się do roboty”. Do rekordu wszechczasów wciąż im daleko, ale swoje wielkie „pięć minut” miały nieco wcześniej i o powtórkę będzie bardzo trudno. Jeszcze początek tygodnia nie zwiastował wielkiej rewolucji. Już 70-72 dolary za baryłkę surowca gatunku Brent, jakie notowano w poniedziałek i wtorek robiły wrażenie. Ale piątkowe 77 dolarów to już naprawdę coś. Tyle tylko, że to coś znów więcej wspólnego ma ze słabością dolara niż z radykalną poprawą koniunktury w światowej gospodarce i wzrostem popytu ze strony przemysłu. Znów częściowo bodźcem do skoku cen była informacja o zmniejszeniu stanu zapasów benzyny w USA. Ale takie bodźce to tylko pretekst do zwyżki cen.

Wieści z rynku

Powstaje sieć salonów finansowych

Star Finance to sieć salonów finansowych, których tworzenie rozpoczęła firma doradztwa finansowego Gold Finance. W ciągu najbliższych trzech lat mają one powstać w ponad 1000 miejscowościach w całym kraju. Salony będą uruchamiane w małych i średnich miejscowościach, liczących ponad 8 tys. mieszkańców. Będzie w nich można korzystać z usług w zakresie finansów osobistych, dopasowanych do indywidualnych potrzeb klientów. Oprócz takich produktów, jak kredyty, pożyczki czy leasing, będzie w nich można regulować np. płatności za telefon, z tytułu czynszu itp.

Odsetki z lokat bankowych coraz niższe

Wciąż spada oprocentowanie lokat bankowych – wynika z comiesięcznego raportu Gold Finance. O ile jeszcze kilka miesięcy temu banki prześcigały się w przyciąganiu klientów, to obecnie po tej tendencji nie ma już śladu. I nie ma też raczej szans na to, by atrakcyjność lokat miała się w najbliższym czasie zwiększyć. Raport dostępny jest na stronie internetowej Gold Finance (www.goldfinance.pl).

Ambitne plany funduszy inwestycyjnych

Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, organizacja zrzeszająca towarzystwa funduszy inwestycyjnych, przewiduje, że do końca roku wartość środków zarządzanych przez fundusze sięgnie 95-100 mln zł. Pod koniec września sięgały one 88,8 mld zł. Wzrost ten ma być efektem głównie zwyżek notowań na rynkach finansowych. Większego napływu środków od klientów Izba spodziewa się w drugim lub trzecim kwartale przyszłego roku.

Mamy coraz więcej mieszkań

We wrześniu liczba oddanych do użytku mieszkań wyniosła 13,45 tys. i była wyższa niż we wrześniu ubiegłego roku o 7,8%. W porównaniu do sierpnia tego roku zwiększyła się aż o 21,5%. Jednak liczba rozpoczętych budów mieszkań spadła o 12,4% w porównaniu do września 2008 r., a liczba wydanych zezwoleń na budowę była niższa o 19,1%.

źródło: Gold Finance – informacja prasowa
sprawdź ofertę: Gold Finance

Powiadom swoich znajomych:

  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • del.icio.us
  • Mój biznes
  • Google Bookmarks
  • Facebook
  • email

Wystaw ocenę 1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek (Nie ma jeszcze żadnych ocen)
Loading ... Loading ...
Drukuj

Zobacz też:

W produkcji nieco lepiej
W październiku produkcja przemysłowa obniżyła się o 1,2 proc. w porównaniu do października ubiegłego roku. To spadek znacznie mniejszy, niż oczekiwano. Niespodziankę sprawiły też ceny produkcji sprzedanej przemysłu, wzrastając o 2 proc. – czyli nieco więcej, niż liczyli ekonomiści. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, produkcja sprzedana przemysłu w październiku była mniejsza niż w tym samym miesiącu...
Produkcja ma się coraz lepiej
Według informacji Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu produkcja przemysłowa zwiększyła się o 6,2 proc. w porównaniu do maja. W stosunku do czerwca ubiegłego roku była niższa o 4,3 proc. Tempo jej spadku w skali 12 miesięcy wyraźnie maleje. W maju wyniosło ono 5,2 proc. Nasza gospodarka daje pokaz odporności na spowolnienie gospodarcze i nie zawodzi...
Tempo wzrostu produkcji
Według informacji Głównego Urzędu Statystycznego, we wrześniu produkcja przemysłowa było jedynie o 1,3 proc. niższa niż we wrześniu ubiegłego roku. W porównaniu do sierpnia wzrosła aż o 15 proc. Tempo jej spadku w skali 12 miesięcy wyraźnie maleje i tendencja ta ma coraz bardziej trwały charakter. W sierpniu produkcja była niższa o 0,2 proc. Nasza...
Bezrobocie rośnie wolniej
Główny Urząd Statystyczny poinformował, że stopa bezrobocia wyniosła we wrześniu 10,9 proc., a sprzedaż detaliczna zwiększyła się o 2,5 proc. w porównaniu do września ubiegłego roku. Ekonomiści spodziewali się, że stopa bezrobocia wyniesie 11 proc., a sprzedaż wzrośnie o 3,9 proc. Niższa niż się spodziewano stopa bezrobocia powinna cieszyć. Jednak we wrześniu przybyło w porównaniu do...

Osoby które odwiedziły tą stronę znalazły ją szukając:

Zostaw swój komentarz: