Na Wall Street zaobserwowaliśmy pozbywanie się akcji przez inwestorów. Taka sytuacja miała miejsce w ostatnim dniu czerwca. Powodem wyprzedaży akcji przez inwestorów są nieco gorsze informacje napływające z amerykańskiego rynku pracy, a także uzasadnione obawy dotyczące kondycji europejskich gospodarek. W środę, 30 czerwca 2010 roku, nastąpiły znaczące spadki w końcowym etapie sesji na Wall Street, które potwierdziły fakt, że zakończony II kwartał tego roku był najgorszy od pierwszego kwartału 2009 roku. W tym czasie bowiem giełdy gwałtownie traciły w wyniku kryzysu finansowego z 2008 roku. Od początku środowej sesji za oceanem, główne indeksy tamtejszej giełdy, utrzymywały się w granicach zamknięcia notowań z dnia poprzedniego.
Jednakże, w ciągu zaledwie ostatnich kilkudziesięciu minut handlu nagle ich kursy zanurkowały w dół. W rezultacie, Dow Jones Industrial zakończył ten dzień na niemalże 1% minusie, a to oznacza, że znalazł się niebezpiecznie blisko tegorocznego minimum, wyznaczonego podczas sesji 7 czerwca. Ponad 1% straciły S&P oraz technologiczny Nasdaq, ale w ich przypadku są to najniższe poziomy w całym 2010 roku.
Już przed otwarciem giełdy w środę na Wall Street inwestorzy byli świadomi tego, że dużych wzrostów nie będzie. Jakiekolwiek nadzieje na pomyślną sesję rozwiały definitywnie gorsze niż oczekiwano, dane z amerykańskiego rynku pracy. Okazało się bowiem, że w czerwcu zatrudnienie w sektorze prywatnym wzrosło o jedyne 13 tysięcy, podczas gdy prognozy wskazywały wzrost na poziomie 60 tysięcy. Taka informacja stawia pod dużym znakiem zapytania realizację prognoz kluczowych dla amerykańskich inwestorów danych w tym tygodniu, które obejmują zatrudnienie poza rolnictwem (spadek o 110 tysięcy) i stopę bezrobocia (wzrost o 9,8%).
Przed jeszcze bardziej drastycznymi spadkami, giełdę uchroniło opublikowanie tuż przed otwarciem sesji indeksu koniunktury w rejonie Chicago. Był on minimalnie lepszy od przewidywań analityków. Stabilizacja sesji w środę nie mogła mieć miejsca, bowiem inwestorzy najprawdopodobniej przestraszyli się, ze agencja ratingowa Moody’s może wypełnić swoje wcześniejsze obietnice i obniżyć ocenę gospodarki hiszpańskiej.
Analitycy rynkowi wyrażają obawy, że słabemu rządowi lewicowemu Hiszpanii, pod przewodnictwem premiera Luisa Zapatero, nie powiedzie się zmniejszenie deficytu budżetowego o 6 punktów procentowych w 2011 roku, a w sumie do końca 2013 roku o 8,2 punktów procentowych z 11,2% do 3%. Jeśli rząd nie doprowadzi do takiego stanu rzeczy, wówczas może dojść do zwiększenia długu publicznego Hiszpanii w 2014 roku do poziomu 80% PKB, z obecnych 53%.
M.M.
Bankowynet.pl







